Dziś odrobina wspomnień. Zacznie się jak w bajce -
dawno temu ,jakieś dziesięć lat byłam mamą z małym dzieckiem na wygnaniu. Mieszkałam w mieście ,którego nienawidziłam i byłam całkowicie sama. Nie mogąc znieść ciągłego gadania do brzdąca i "kiszenia" w chałupie, postanowiłam coś wymyślić. Cokolwiek ,coś co pozwoliłoby mi się wyrwać z pułapki jaką na tamtą chwilę stanowił dom z dzieckiem w środku. Nie wiele myśląc zapisałam się do Akademii Technik Fryzjerskich we Wrocławiu. Tam poznałam świetnych fachowców i totalnie zakręconych ludzi. Gdy miałam już dyplom wpadłam w panikę - co dalej ?Jednego byłam pewna - nie chcę wrócić do więzienia jakim było moje lokum. Na nasze zajęcia do Akademii ,uczęszczała również dziewczyna, która od samego początku mi imponowała. Nie dość ,że była specjalistką w dziedzinie dredów, warkoczyków i przedłużnia włosów, to jeszcze z pasją trenowała nurkowanie techniczne - totalny odlot i szaleniec.
Właśnie otwierała swój salon i zaproponowała mi praktykę . Zgodziłam się bez wahania. Na pierwszy ogień poszło planowanie akcji reklamowej nowego salonu, który już w założeniu nie był taki zwykły , bo dredy i warkoczyki w tamtych czasach to było coś nadzwyczajnego.
Całą kampanię reklamową oparłyśmy na fotografiach z fryzurami inspirowanymi filmami. Zrobiłyśmy casting ,znalazłyśmy fotografa i ustaliłyśmy kto jakie fryzury zrobi. Fajne było to ,że szefowa pozwoliła mi puścić wodze fantazji, miała odwagę mi zaufać , nie ingerowała w moje pomysły.Rzadko można spotkać na swojej drodze kogoś kto jest na tyle otwarty ,że potrafi zaakceptować nawet najbardziej wykręcone propozycje jeśli dostrzeże w nich choć cień kreatywnego myślenia. Dziewczyny, które się zgłosiły również musiały posiadać ten zaczarowany pierwiastek szaleństwa, bo kto "normalny" zgodziłby się na tak radykalne zmiany, nie tylko koloru ,ale również długości i cięcia. Pamiętajcie o tym ,że działo się to co najmniej 10 lat temu i wolność w stroju i fryzurze nie była wtedy tak oczywista jak dziś . Zdjęcia z tamtej sesji znalazłam wczoraj i tak mi się jakoś zrobiło sentymentalnie. Zamieszczam je poniżej i gorąco pozdrawiam właścicielkę pracowni fryzjerskiej "ALE WŁOSY" w Opolu:)
Pielęgnujmy w sobie szaleństwo bo jest ono motorem do wykonywania rzeczy niemożliwych.
Właśnie otwierała swój salon i zaproponowała mi praktykę . Zgodziłam się bez wahania. Na pierwszy ogień poszło planowanie akcji reklamowej nowego salonu, który już w założeniu nie był taki zwykły , bo dredy i warkoczyki w tamtych czasach to było coś nadzwyczajnego.
Całą kampanię reklamową oparłyśmy na fotografiach z fryzurami inspirowanymi filmami. Zrobiłyśmy casting ,znalazłyśmy fotografa i ustaliłyśmy kto jakie fryzury zrobi. Fajne było to ,że szefowa pozwoliła mi puścić wodze fantazji, miała odwagę mi zaufać , nie ingerowała w moje pomysły.Rzadko można spotkać na swojej drodze kogoś kto jest na tyle otwarty ,że potrafi zaakceptować nawet najbardziej wykręcone propozycje jeśli dostrzeże w nich choć cień kreatywnego myślenia. Dziewczyny, które się zgłosiły również musiały posiadać ten zaczarowany pierwiastek szaleństwa, bo kto "normalny" zgodziłby się na tak radykalne zmiany, nie tylko koloru ,ale również długości i cięcia. Pamiętajcie o tym ,że działo się to co najmniej 10 lat temu i wolność w stroju i fryzurze nie była wtedy tak oczywista jak dziś . Zdjęcia z tamtej sesji znalazłam wczoraj i tak mi się jakoś zrobiło sentymentalnie. Zamieszczam je poniżej i gorąco pozdrawiam właścicielkę pracowni fryzjerskiej "ALE WŁOSY" w Opolu:)
Pielęgnujmy w sobie szaleństwo bo jest ono motorem do wykonywania rzeczy niemożliwych.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz